Ogromnie mi ulżyło na myśl, że wszechświat jest nareszcie poznawalny. Zaczynałem już przypuszczać, że on to ja, a egzamin maturalny to jedyna poważna rzecz w życiu. Fizyka, jak się okazuje, zna odpowiedzi na wszystko niczym zrzędliwa ciotka Bożena, siostra żony, brata, mojego ojca. Big bang, czarne dziury i zupa pierwotna pojawiają się co miesiąc na łamach "National-Geograpchic" i "Focusa", na skutek czego moje pojmowanie ogólnej teorii względności i mechaniki kwantowej dorównuje pojmowaniu Einsteina- ściślej: Einsteina Jakubiaka sprzedającego zdrową żywność w warzywniaku na Mickiewicza. Jak wcześniej mogłem nie wiedzieć, że we wszechświecie istnieją rzeczy rzędu "długości Plancka", liczące sobie jedną milionową jednej miliardowej części miliardowej części miliardowej części centymetra? Wyobraźcie sobie, jak trudno znaleźć takie maleństwo kiedy upadnie na podłogę w ciemnej sali teatralnej. A jak działa grawitacja? Gdyby nagle zniknęła, czy w pewnych restauracjach napoje będą podawane bez szklanek, a w szkołach lewitujący nauczyciel fizyki nadal będzie wykładał podstawowe zagadnienia o powszechnym ciążeniu udowadniając je II zasadą dynamiki Newtona? Mniejsza z tym. Obudziłem się w piątek, rzecz jasna piątek 13, a ponieważ wszechświat się rozszerza, znalezienie marynarki i koszuli zajęło mi więcej czasu niż zwykle. Przez to wyszedłem do szkoły za późno, zważywszy zaś względność góra dół, prawo lewo, zabłądziłem tuż po wyjściu z domu.
Nie traćcie, proszę , z pola widzenia, że człowiek mknący statkiem kosmicznym z prędkością przyświetlną stawiałby się w szkole na czas, albo tuż przed czasem i lepiej ubrany. Kiedy dotarłem wreszcie do szkoły i udałem się do pani (X) przebywając drogę (S) by wyjaśnić powody spóźnienia, w miarę zbliżania moja masa (m) rosła, na co pani (X) poczytała to jako oznakę niesubordynacji. Potem doszło do dość nieprzyjemnej rozmowy o obniżeniu zachowania i oddaleniu stypendium. Po wyczerpującym i jakże męczącym czasie (T) dla mojej i tak już przemęczonej trąbki Eustachiusza, która w prawym uchu zdawała się wydłużyć do metra, postanowiłem wrócić do domu.
Kiedy znowu znalazłem się w moim pokoju zalanym strumieniami słońca, pomyślałem, że gdyby nasza wielka złocista gwiazda nagle eksplodowała, to ta błękitna planeta pewnie wyrwie się z orbity, pofrunie przez nieskończoność i już nie wróci; kolejny dowód, że zawsze trzeba mieć przy sobie komórkę. Z drugiej strony, gdyby udało mi się pomknąć z prędkością większą niż trzysta tysięcy kilometrów na sekundę i doścignąć światło sprzed wieków, to może bym się przeniósł w czasie do starożytnego Egiptu lub cesarstwa rzymskiego? Ale co bym tam robił? Właściwie nikogo nie znam.
Idę odwiedzić, wspomnianego już pana Einsteina z warzywniaka, gdyż mój żołądek zdaje się przeprowadzać fuzję jądrową albo jakiś inny równie skomplikowany proces odpowiadający wciąganiu materii tuż przy horyzoncie zdarzeń poprzedzony burczeniem...
2012

Komentarze
Prześlij komentarz